Wydawnictwo Esprit
Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco i bierz udział w promocjach!
Wydawnictwo Esprit
tel.  12 267 05 69| ksiegarnia@esprit.com.pl
0,00 zł koszyk

Ks. Mirosław Tosza: Przywracamy ludziom wolność i godność

Ksiądz Mirosław Tosza to założyciel Betlejem w Jaworznie – domu, dla tych, którzy kiedyś swój dom stracili. Ksiądz Mirosław żyjąc z ubogimi kieruje się myślą ks. Tischnera, który mówił, że najpiękniejsza rzecz, jaką jeden człowiek może ofiarować drugiemu, to obudzić w nim godność i poczucie wolności. Poznaj historię szalonego miejsca, pełnego nadziei, opowiedzianą w książce „Dzisiaj w Betlejem”!  

Piotr Zworski: Skąd nazwa tego miejsca: Betlejem?

Ks. Mirosław Tosza: Kiedy zamieszkaliśmy tu blisko dwadzieścia lat temu, szukaliśmy nazwy dla tego miejsca. Inspiracją była lektura książki Niewygodne Ewangelie Alessandra Pronzatto, włoskiego księdza, który pisze o pierwszej adoracji w historii Kościoła. Adoracji, do której zostali zaproszeni ubodzy pasterze, ludzie pogubieni, wywodzący się właśnie z tego szemranego środowiska. To był wybór Boga, żeby pierwszymi, którzy Go przywitają na ziemi i oddadzą Mu hołd, byli ubodzy. I przez trzydzieści trzy lata On był w tym szalenie konsekwentny, bo umarł też między ubogimi – dwoma łotrami, bezimiennymi przestępcami. Spotkania z Jezusem zmieniają tych, którzy przychodzą z dobrą intencją. O tym piszą Mateusz i Łukasz, podkreślając, że pasterze odeszli z radością, a mędrcy inną drogą. Tak samo definiujemy nasze Betlejem: jako miejsce spotkania zmieniającego ludzi ubogich i bogatych, prostych i mędrców. Przyznam, że nasze doświadczenie potwierdza prawdę wydarzeń z Betlejem ze Starego i Nowego Testamentu.
 

Czyli Słowo zamieszkało między wami?

Przyszło z czystej i bezinteresownej miłości i mam nadzieję, że się tu dobrze czuje, że jest gościnnie przyjmowane: gdy je czytamy i gdy mówi do nas w zaskakujący i niewygodny dla nas sposób. Ale nie zawsze jest to takie oczywiste. Można mieszkać w Betlejem, a Słowa nie przyjąć, nawet gdy przychodzi spośród swoich i do swoich.

POZNAJ HISOTRIĘ BETLEJEM 

Bóg, który marzy o tym, aby człowiek kochał Go nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce. To najwyższy wymiar miłości: by kochać drugiego bezwarunkowo i bezinteresownie; takiego, jaki jest.

To fundament. Bez osobistego doświadczenia takiej miłości trudno będzie tak na nią odpowiedzieć. Sama zmiana warunków życia nie zmieni nam serca. Łaska musi się przedzierać przez wiele warstw. W niedziele zapraszamy do nas na Mszę i obiad bezdomnych spoza wspólnoty. Zdarzało się, że któryś z mieszkańców nie chciał z nimi siadać do stołu: bo śmierdzą, bo nakładają za dużo ziemniaków, bo wrzeszczą. Strasznie mnie to irytowało. Raz zrobiłem o to karczemną awanturę: „Kto ich ma rozumieć, jeśli nie wy?! Zawsze jadaliście na białych obrusach i pachnieliście perfumami?! Nigdy nie byliście głodni?!”.
 

Wydawać by się mogło, że to pierwsza grupa, która powinna rozumieć.

Powiedziałem kiedyś, że za takie traktowanie drugiego człowieka powinno się wylatywać z domu szybciej niż za wódkę, bo kto ma zrozumieć, jeśli nie my. Denerwujemy się na nieczułość bogatych, a domownicy z Betlejem – choć sami przeszli podobną drogę – nie znajdują zrozumienia dla tych ludzi. Ale to złożony problem. Można też zobaczyć w tym zachowaniu ukrytą niechęć do bolesnych i upokarzających wspomnień. Czasami przychodzi do nas człowiek, który nie trzeźwieje od tygodni i z którego alkohol paruje – a jeden z mieszkańców, który jest po terapii, mówi, że w nim to wyzwala wspomnienia i chęć napicia się, i on nie chce tego przeżywać. Myślę jednak, że dobrze wszystkim robi obecność takiego brudnego, śmierdzącego człowieka w naszym pięknym domu, wśród kolorowych mozaik. To odświeża pamięć, a przecież na niej bazuje nadzieja.

Gości wita w Betlejem pan Włodek. Fizycznie nie ma go wśród nas, zmarł jakiś czas temu, ale jest jego pomnik.
To jedna z tych historii, które nas samych zaskakują. Mam czasami taką refleksję: stoi na naszym podwórku traktor, który szlachetnie wozi gnój od zwierząt. To jest ten sam szacowny traktor, który pokonał dwa tysiące kilometrów, był filmowany przez ekipę od Dawida Lyncha i dojechał do Lisieux, do św. Teresy. Czasem się zastanawiam, jak to w ogóle możliwe, że wpadliśmy na pomysł, żeby tam dojechać i wrócić tym traktorem. To brzmi jak szaleństwo!
Z Włodkiem było podobnie. Przyjęliśmy go tu, gdy miał sześćdziesiąt dwa lata. Spalił mu się dom, do nas trafił prosto po szpitalu, był w opłakanym stanie. Alkoholik, który od trzydziestu lat prowadził melinę i pił denaturat. Wyjaśniał mi, jak to pić, żeby się płuca nie zapaliły. W wieku dwudziestu lat stracił nogę – pociąg mu przejechał. Rodzice umarli, został sam. Taka kwintesencja nieszczęścia. Pewnego dnia poprosił, żebyśmy pojechali zobaczyć tamten dom. Bardzo to przeżywał, nie chciał wysiąść z auta. Poszliśmy więc w kilka osób, zebraliśmy trochę spalonych desek z sufitu i podłogi – tacy jesteśmy praktyczni – i z tego zrobiliśmy ikony na święta Bożego Narodzenia jako prezenty dla darczyńców i przyjaciół. Włodek też czyścił te deski z domu, w którym się urodził i przeżył dużą część swojego życia. Zobaczył, że z tego powstają piękne ikony. Któregoś dnia przyszedł do mnie i powiedział coś, czego ja nie miałbym odwagi mu powiedzieć: „Wie ksiądz, może dobrze, że ten dom się spalił, bo gdyby nie pożar, dzisiaj już bym nie żył”. Doszedł sam do takiej mądrości i dostał łaskę trzeźwości, co było fenomenem, bo chlał na potęgę, destrukcyjnie. Nie było dla niego ratunku, a jednak się dźwignął.
 

Ile lat z wami mieszkał?

Mieszkał u nas siedem lat i odnalazł sens w prostym zajęciu, jakim jest zamiatanie ulicy. Codziennie rano po śniadaniu brał miotłę, wychodził przed dom i zamiatał naszą ulicę do późnego popołudnia. Mówiłem wtedy, że zredefiniował pojęcie bycia na ulicy, bo ta ulica stała się dla niego miejscem budowania wartości. Sąsiedzi zawsze go chwalili, mówili, że nasza ulica nigdy nie była taka czysta, a on też lubił zagadać, zdjąć czapkę, ukłonić się i dalej zamiatać. Przez lata wkomponował się w krajobraz jak dęby, które stoją wzdłuż tej ulicy. Córeczka naszej sąsiadki nazwała Włodka panem Miotełką. Pytała: „Idziemy do pana Miotełki?”, bo Włodek zawsze był.

 

Zobacz więcej w książce "Dzisiaj w Betlejem" 


 

Zobacz film z ks. Mirosławem Toszą 

 

esprit
Esprit Detal
ul. W. Siwka 27A
31-588 Kraków

 
Logistyka:
esprit wysyłki
Płatności:
esprit płatności /
Infolinia:
tel. 12 264 37 09
tel. 12 395 70 72
tel. 12 267 05 69
tel. 12 262 35 51

 
facebook youtube instagram