

Jagoda Kwiecień – autorka powieści obyczajowych z wyraźnym wymiarem duchowym. W swojej twórczości łączy realistyczne portrety bohaterów z tematyką wiary, przebaczenia, odpowiedzialności i wewnętrznego uzdrowienia. Szczególne miejsce w jej książkach zajmują relacje międzyludzkie, konsekwencje życiowych wyborów oraz pytanie o sens cierpienia i nadzieję, która rodzi się nawet w najbardziej nieoczekiwanych momentach.

Jest autorką Trylogii Różanej, w której ważną rolę odgrywa postać św. Rity – patronki spraw trudnych i beznadziejnych – obecnej w opowieści jako cicha towarzyszka drogi bohaterów. Motyw róży, powracający w kolejnych tomach, staje się dla autorki symbolem miłości i wiary: pięknych, ale nierozerwalnie związanych z doświadczeniem ciernia i bólu.
Obecnie pracuje nad trzecią, finałową częścią trylogii zatytułowaną “Daruj nadzieję”.
Wydaje mi się, że te trzy wymienione elementy - emocjonalna prawda, dynamika wydarzeń i sens duchowy - są w tej historii nierozerwalnie ze sobą splecione, ale jeśli miałabym wskazać fundament, to byłaby nim prawda emocjonalna postaci. Bez niej wszystko inne byłoby jedynie konstrukcją. Zależało mi na tym, by bohaterowie reagowali "po ludzku", dokładnie tak jak my w naszej codzienności: czasem zbyt impulsywnie, czasem nieporadnie, czasem patrząc przez pryzmat dawnego bólu i ran, czasem z wiarą, a czasem z buntem czy zmęczeniem.

Jednocześnie, jako pisarka świadomie wplatająca w swoje historie wartości katolickie, nie mogę nie przyznać, że duchowy wymiar tej opowieści jest dla mnie bardzo istotny. Nie w sensie moralizowania, ale pokazywania drogi - zmagania się z wiarą, uczenia się zaufania, odkrywania sensu tam, gdzie początkowo go nie widać. "Momenty graniczne" pojawiają się dlatego, że życie je przynosi... któż z nas takich nie ma? Duchowy sens bardzo rzadko objawia się od razu - on wyłania się dopiero z perspektywy czasu, kiedy człowiek potrafi spojrzeć wstecz i zobaczyć, że nawet to, co wydawało się nie do udźwignięcia, miało swoje miejsce w większym planie.

Od początku wiedziałam, że nie chcę, aby św. Rita była w tej historii jedynie symboliczną figurą czy religijnym tłem. Jest mi zbyt bliska i zbyt wiele w moim życiu zdziałała, abym mogła potraktować ją wyłącznie jako literacki ornament czy dodatek. Budując jej obecność w całej trylogii, zależało mi na czymś innym - na subtelności. Często mówię, że jest tu "cichą bohaterką": towarzyszką drogi, kimś, kto idzie obok, a nie kimś, kto wkracza ze spektakularną interwencją. I mam poczucie, że właśnie takiego odbioru doświadczam również ze strony czytelniczek.

Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że dla osób, które nie mają osobistego, bardziej "namacalnego" doświadczenia relacji ze świętymi, niektóre sytuacje opisane w książce mogą być zaskakujące. Warto jednak podkreślić, że wiele z nich jest inspirowanych realnymi historiami - moimi własnymi lub osób mi bardzo bliskich - związanymi z wstawiennictwem świętych. To nie jest więc wyłącznie literacki wymysł na potrzeby fabuły.
Dla bohaterów - i w gruncie rzeczy także dla mnie samej - św. Rita jest znakiem nadziei, wewnętrznym kompasem i cichą przyjaciółką, która przypomina, że sprawy trudne, po ludzku często uznawane za beznadziejne, nie są sprawami straconymi. Gdybyśmy myśleli inaczej, odebralibyśmy Bogu Jego wszechmoc. Z literackiego punktu widzenia rzeczywiście spina ona całą trylogię w jedną drogę: dojrzewania, pojednania, pokornego uczenia się zaufania i stawania w prawdzie.
Symbol róży od samego początku był dla mnie symbolem niejednoznacznym i bardzo świadomie osadzonym w Trylogii Różanej. Owszem, w pierwszym odruchu kojarzy się on z pięknym, kolorowym pąkiem, czymś delikatnym i zachwycającym, ale bardzo szybko - zarówno w życiu, jak i w tej historii - odkrywamy, że róża ma również łodygę z kolcami. I właśnie taka jest miłość oraz wiara.

W pierwszych dwóch tomach symbolika róży momentami wyraźnie uwiera, ale jednocześnie potrafi zachwycać. Dzięki temu już od początku widzimy drogę, którą przechodzą bohaterowie - drogę prowadzącą ku uzdrowieniu. W pierwszym tomie dotyczy to przede wszystkim relacji Róży Jakubowskiej i jej mierzenia się z przeszłością, w drugim tomie najmocniej wybrzmiewa historia Gabrysi, a w trzecim tomie - co można już przewidywać - na pierwszy plan wysunie się Wiktoria. Taki był mój zamysł: aby każdy tom prowadził w głąb innej historii, ale zawsze przez ten sam symboliczny „różany” szlak.
Ta symbolika bardzo mocno wybrzmiewa szczególnie w scenach związanych z Mszą świętą i obrzędem poświęcenia róż, zarówno w pierwszym, jak i w drugim tomie. Pojawiają się tam słowa, które często słyszę także osobiście w krakowskiej parafii św. Katarzyny Aleksandryjskiej: że dzień jeszcze się nie skończył, że wciąż możesz się do kogoś uśmiechnąć, wręczyć komuś pobłogosławioną różę jako znak nadziei albo zostawić ją św. Ricie w geście wdzięczności za otrzymane łaski. To gest bardzo prosty, a jednocześnie niezwykle głęboki i szczery.
Najtrudniejszy był dla mnie wątek związany z konsekwencjami dawnych wyborów, które po latach wracają w zupełnie nowym kontekście i domagają się konfrontacji. Emocjonalnie bardzo wymagające było pisanie o tym, jak łatwo oceniamy cudze decyzje, nie znając całej historii - i jak bardzo przeszłość potrafi upomnieć się o wysłuchanie, nawet wtedy, gdy wydaje się już „zamknięta”.

Jeśli spojrzymy na całą Trylogię Różaną, to jednym z najbardziej poruszających wątków jest dla mnie historia Gabrysi. Przede wszystkim dlatego, że ona od dzieciństwa zostaje uwikłana w decyzje dorosłych - najpierw swojego ojca, a później również w konsekwencje chłodnej, zdystansowanej postawy matki. To nie są doświadczenia, na które dziecko ma jakikolwiek wpływ, a jednak to właśnie one kształtują jego poczucie bezpieczeństwa, sposób przeżywania relacji i postrzegania domu.
Ogromną rolę w jej życiu odgrywa przyjaźń. Róża i Wiktoria stają się dla niej czymś więcej niż tylko bliskimi osobami - są bezpieczną przestrzenią, namiastką domu, rodziną z wyboru. To dzięki nim Gabrysia nie przeżywa wszystkiego sama i to one pomagają jej stopniowo odzyskiwać zaufanie do świata i do samej siebie. Wiara również sprawia, że nawet w trudnych, kluczowych momentach nigdy nie załamuje rąk tak do końca - zawsze sięga ostatecznie po modlitwę i zwraca się w stronę Nieba. Gabrysia dochodzi do momentu, w którym rozumie, że jeśli nie zmierzy się z tym, co było, może na zawsze pozostać w cieniu cudzych decyzji. To historia o dojrzewaniu do prawdy, o odzyskiwaniu głosu i o tym, że nawet jeśli nie mieliśmy wpływu na to, co nas spotkało, możemy mieć wpływ na to, jaką drogą pójdziemy dalej.
Myślę, że trzeci tom przyniesie zarówno rozstrzygnięcia fabularne, jak i pogłębienie duchowej drogi bohaterów - jedno bez drugiego nie miałoby sensu. Oczywiście pojawią się odpowiedzi na pytania, które zostały otwarte po drugim tomie, choć nie wszystkie będą takie, jakich czytelnik mógłby się spodziewać. Zależało mi na tym, by finał nie był jedynie „zamknięciem wątków”, ale raczej zaproszeniem do dalszej refleksji.
Czytelnicy mogą się domyślać, że w trzecim tomie na pierwszy plan wysunie się Wiktoria. Pod koniec drugiej części wraz z Jankiem wchodzą w małżeństwo, więc naturalnie pojawia się pytanie: jak będzie wyglądało ich wspólne życie już po ślubie? Nie zabraknie codziennych, bardzo życiowych wyzwań, z którymi będą musieli się zmierzyć - także tych, które wynikają z braku komunikacji, nieporozumień i zmęczenia. Chciałam pokazać, że problemy małżeńskie nie są porażką, ale przestrzenią, w której można - i warto - szukać pomocy, również tej duchowej, wyproszonej za wstawiennictwem św. Rity.
Święta Rita odegra w tej kulminacji bardzo ważną rolę, choć - podobnie jak w poprzednich tomach - nie będzie to obecność nachalna ani spektakularna. Będzie to raczej ciche towarzyszenie, dyskretna obecność kogoś, kto idzie obok. Tytuł trzeciej części, “Daruj nadzieję” nie jest przypadkowy. Rita, jako patronka spraw trudnych i beznadziejnych, staje się tu cichą bohaterką - specjalistką od niesienia nadziei. To ona w chwilach, gdy człowieka ogarnia ciemność i poczucie utknięcia w tunelu bez wyjścia, potrafi zapalić małą iskierkę, rozpalić w sercu ciepło i światło, ku któremu mimo wszystko chce się iść dalej. To właśnie ta nadzieja uczy na nowo zaufania - nawet wtedy, gdy po ludzku wszystko wydaje się już bardzo trudne.
Chciałabym, aby finał trylogii pozostawił czytelnika z poczuciem sensu, a nie tylko z satysfakcją z zakończenia historii. Marzy mi się, by ostatnie strony pozostawiły też odrobinę niedosytu - takiego, który prowokuje do myślenia, do zadawania sobie pytania „co dalej?” i do snucia własnych historii w sercu. Sama jako czytelniczka bardzo lubię takie zakończenia. Mam nadzieję, że “Daruj nadzieję” okaże się dla wielu osób czymś więcej niż finałem opowieści - że stanie się choć małym plasterkiem na poturbowane serce.

