Wiedziałem, że Posejdon mógł przybrać postać człowieka lub konia. Powiadano, że spłodził mnie przybrawszy ludzką postać, ale istniały pieśni mówiące, że miał też synów-konie. Były to zwierzęta nieśmiertelne i szybkie, niczym wiatr północny. Koń Król musiał być jednym z nich. Z tego względu wydawało mi się oczywiste, że musimy się spotkać. Słyszałem, że ma pięć lat. „On jest większy”, pomyślałem, „ale to ja jestem starszy, zatem to ja powinienem zrobić pierwszy krok”.
Następnym razem, kiedy Opiekun Koni poszedł wybrać źrebaki do rydwanów, namówiłem go, by wziął mnie ze sobą. W czasie, gdy on wykonywał swoją pracę, ja zostałem ze stajennym, który na piachu narysował planszę i zajął się grą z przyjacielem. Wkrótce zupełnie o mnie zapomnieli. Przeszedłem przez ogrodzenie i udałem się na poszukiwanie Konia Króla.
Konie z Trojzeny były czystej krwi Hellenami. Nigdy nie mieszaliśmy ich z małą rasą koni Ludzi Wybrzeża, którym odebraliśmy ziemię. Gdy byłem już na pastwisku razem ze zwierzętami, wydawało mi się, że są olbrzymie. Wyciągnąłem rękę, by pogłaskać jednego z nich i wtedy usłyszałem za sobą krzyk Opiekuna Koni. Udałem, że nie słyszę. „Ciągle ktoś wydaje mi rozkazy”, pomyślałem. „To na pewno dlatego, że nie mam ojca. Chciałbym być Koniem Królem. Jemu nikt nie rozkazuje”. A potem dostrzegłem GO. Stał samotnie na niewielkim pagórku i obserwował drugi koniec pastwiska, gdzie wybierano źrebaki. Podszedłem bliżej. Wtedy do głowy przyszło mi coś, co wcześniej, czy później przychodzi do głowy każdemu dziecku: to jest prawdziwe piękno.
Usłyszał mnie i odwrócił się w moją stronę. Wyciągnąłem rękę i zawołałem tak, jak to czyniłem w stajniach:
- Synu Posejdona!
Podbiegł do mnie, tak jak konie w stajniach, a ja podałem mu kawałek soli, który przyniosłem.
Za moimi plecami zrobiło się zamieszanie. Koniuszy klął, a Opiekun Koni bił go. „Ja będę następny”, pomyślałem. Mężczyźni machali do mnie z płotu i klęli, dlatego też bezpieczniej czułem się tam, gdzie stałem. Koń Król był tak blisko, że widziałem jego rzęsy i ciemne oczy. Grzywa opadała mu na czoło niczym białe wody wodospadu wpadające pomiędzy lśniące kamienie. Zęby miał tak wielkie jak ozdoby z kości słoniowej na wojennym hełmie, a wargi, którymi zlizywał sól z mojej dłoni, miększe niż pierś mojej matki. Gdy zjadł wszystko, otarł swój policzek o mój i wciągnął w nozdrza zapach moich włosów.














